Did You Know?

Drzwi, które pachniały deszczem


Drzwi, które pachniały deszczem
Była sobota i deszcz rysował na szybie krzywe ścieżki. W mieszkaniu babci pachniało naleśnikami, a korytarz był długi jak pociąg. Na końcu stał wieszak w czapce, obok leżał dywan w gwiazdki, a lustro zawsze uśmiechało się do przechodniów. Zosia miała siedem lat i lubiła trzymać wszystko w porządku. Franek miał pięć i lubił pytać: „A czemu?” o sto spraw naraz. Pączek, puchaty kot o okrągłych wąsach, lubił wszystko, co się toczyło: kłębki wełny, winogrona i własny ogon. „Bawimy się w wyprawę?” zaproponowała Zosia, kładąc na dywanie mapę narysowaną kredkami. „Tu jest kanapa-góra, tu stół-drzewo, a tu…” „A tu jest taj—” Franek aż się zagryzł wargę. „A tu jest coś dziwnego!” Na ścianie, tam gdzie zawsze była tylko gładka farba, pojawiły się małe, wąskie drzwi. Nie były wysokie, raczej jak dla pluszowego misia. Miały mosiężną klamkę w kształcie kropli i trzy malutkie zawiasy, które szeptały: tik, tik, tik. „Nie było ich wczoraj,” powiedziała Zosia cicho. „Na pewno.” Pączek uniósł ogon jak antenę i podreptał do drzwi. Dotknął łapką klamki. Klamka była chłodna, a po palcach Zosi przebiegło uczucie jak pierwsza kropla deszczu na czole. Z wnętrza zatrzepotał dźwięk, jakby ktoś potrząsał słoikiem pełnym dzwonków. „Mamo!” zawołał Franek w stronę kuchni. „Jesteśmy w korytarzu!” „Bądźcie blisko, kochanie,” odpowiedział głos mamy. „I nie otwierajcie… hm… niczego, co nie jest nasze.” Zosia spojrzała na drzwi. „To chyba nasze, bo są w naszym korytarzu,” szepnęła. „Ale zrobimy to mądrze. Plan!” Plan był prosty: Zosia wzięła latarkę w kształcie dinozaura, Franek parasol w zielone groszki, a Pączek zabrał… swój ogon. Zosia postawiła obok drzwi kubek wody i kredą napisała na podłodze: „Byliśmy tutaj – Z i F + P”. Dla pewności zawiesiła na klamce czerwoną wstążkę. „Gotowi?” Zosia spróbowała klamki. Nie drgnęła. „Może trzeba zapukać?” podsunął Franek. Zapukał trzy razy: puk, puk, puk. Zawiasy odpowiedziały: tik, tik, tik. Klamka poruszyła się leciutko, jakby ktoś po drugiej stronie właśnie wciągnął powietrze. Nagle coś niezwykłego: drzwi urosły. Najpierw tyle co książka, potem tyle co poduszka, aż były wysokie jak Zosia. Dywan westchnął i uniósł brzegiem, robiąc im miejsce. „Widzisz to?” Franek zrobił duże oczy. „Widzę. I słyszę.” Zosia przyłożyła ucho do drewna. „Tam pada. Ale… w środku.” Cichutki deszcz szeleścił jak papierowe konfetti. Zosia nacisnęła klamkę. Drzwi miękko ustąpiły i uchyliły się na szerokość nosa. W tej szczelinie, zamiast ciemności, błysnęło jasne niebo. Tyle że niebo było… poziome i znajdowało się mniej więcej tam, gdzie powinien być dywan. „Łał,” szepnął Franek. Zardzewiałym kolorem jesieni wiało z wnętrza jak z szafy, w której ktoś schował kawałek lasu po deszczu. Pachniało mokrym mchem, jabłkami i… świeżo upieczonym naleśnikiem, tylko bardziej. Pączek wcisnął pyszczek w szparę. „Mrr?” – zabrzmiało to jak pytanie. Z wnętrza odpowiedziało mu echo, które brzmiało jak: „Mrrr… rradośnie!” Zosia rozsunęła drzwi jeszcze trochę. Latarka z dinozaurem zaświeciła zielonkawym brzuszkiem i pokazała schodki z chmury. Każdy stopień miękko falował i miał na sobie krople, które nie spadały, tylko stały jak błyszczące paciorki. Po lewej stronie płynęła wstążka światła, jakby tęcza nauczyła się pływać. Po prawej wisiała tabliczka z jednym słowem, które zmieniało litery, jakby łaskotał je wiatr. „Nie rozumiem, co tam pisze,” stwierdziła Zosia. „Chyba nie musi pisać. Może to droga, która chce, żebyśmy przeszli.” Franek ścisnął parasol. „A jak się zgubimy?” „Zostawimy ślady.” Zosia znów wzięła kredę i narysowała na futrynie strzałki: jedna do środka, druga na zewnątrz. „I będziemy trzymać się za ręce. I nie wejdziemy daleko bez porozmawiania. Tylko zajrzymy.” „Tylko zajrzymy,” powtórzył Franek z ulgą. Zrobił krok w przód… i wtedy schodki z chmury poruszyły się, jakby czekały właśnie na ten krok. Za falującym progiem coś przemknęło – mała, błękitna rybka, ale nie w wodzie, tylko w powietrzu. Miała ogonek jak wstążka i zostawiła po sobie ślad w kroplach, które układały się w nutki. Nutki zadzwoniły: ding, ding, ding. „Słyszysz?” Zosia wystawiła rękę. Błyszcząca kropla spadła jej na palec i nie była mokra. Była ciepła, jak promień słońca. Kiedy dotknęła ją czubkiem nosa, kropla zaśmiała się cichutko. Pączek spróbował polizać własne wąsy i kichnął: „Prr!” Z głębi portalu dobiegł inny dźwięk: tyk, tyk, tyk, ale nie jak zegar. Bardziej jak śmiech, który liczy do trzech. A potem – bardzo delikatne wołanie. Bez słów, ale wyraźnie do nich. Takie: „Chodźcie…” Zosia spojrzała na brata. „Co robimy?” Franek spojrzał na parasol. Potem na Pączka. „Trzymamy się razem.” Wyciągnął rękę. Złapali się mocno. „Trzymaj się też, Pączku,” powiedziała Zosia. Pączek owinął się ogonem wokół kostki Zosi, jak sznurkiem z waty cukrowej. Zanim ruszyli, Zosia przypięła do klamki czerwoną wstążkę tak, by jej koniec zwisał do środka. „Żeby drzwi nas pamiętały,” wyjaśniła. „I żebyśmy i my pamiętali drogę.” Zrobiła pół kroku, ale wtedy coś migoczącego zalśniło nad pierwszym stopniem. Było wielkości ziarenka piasku, tylko świeciło jak gwiazdka. Zatrzepotało i urosło do wielkości guzika. A potem do wielkości kamyka. Wreszcie zamigotało raz jeszcze i stanęło tuż przed ich nosami. Wyglądało jak mały, niebieski nasionek światła. „Czy to się sadzi?” spytał szeptem Franek. „Jak groszek?” Nasionko błysnęło, jakby kiwnęło głową. Dotknęło parasola i zostawiło na nim świecącą kropkę. W tej samej chwili z wnętrza portalu dobiegł szmer jak szelest wielu stron, przewracanych naraz. Drzwi drgnęły. Zawiasy zatrzęsły się radośnie. Coś po drugiej stronie odpowiedziało ich stukaniu: puk… puk… puuk… „Słyszysz?” Zosia aż wstrzymała oddech. „Ktoś tam… odpowiada.” Pączek nagle wymknął się spod ich rąk jak pasemko dymu. Pach! Jednym skokiem przekroczył próg i zniknął za pierwszym schodkiem z chmury. Tylko koniuszek jego ogona mignął jak srebrna kreska. „Pączek!” zawołał Franek. Odbiło się echem: „Pąączek!” Zosia mocniej ścisnęła dłoń brata. „Spokojnie. Idziemy po niego. Powoli.” Z wnętrza rozległo się cichutkie „mrrr!” – tym razem dalej, jak z dużego pokoju, którego jeszcze nie widzą. Do ich stóp stoczył się świetlny paciorek – ten sam, co dotknął parasola – i zatrzymał się na granicy progu, jakby prosił: „No już.” Drzwi zadrżały jak skrzydła gotowe do lotu. Korytarz, ich korytarz, zrobił się na moment dłuższy, jakby rozciągał się razem z oddechem świata po drugiej stronie. Latarka-dino zamrugała. Parasol w groszki trzasnął guzikiem i otworzył się sam z cichym „fiuu”, jak liść rozwijający się wiosną. „Raz…” policzyła Zosia. „Dwa…” wyszeptał Franek. Powietrze po tamtej stronie zgęstniało jak mgiełka z cukru. Z głębi dobiegł odgłos kroków, miękki i szybki, jak ktoś, kto schodzi po chmurach i niesie coś kruchego, co nie może upaść. Cień przemknął po ścianie korytarza, okrągły jak balon, i zatrzymał się dokładnie na progu, tuż przed ich palcami. „Trzy…” Zosia wciągnęła powietrze, a wtedy tuż za progiem coś zaiskrzyło, poruszyło się i…


Author of this ending:

Age category: 5-7 years
Publication date:
Times read: 37
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.