Did You Know?

Drzwi bez numeru


Drzwi bez numeru
Burza od strony zatoki przyszła bez uprzedzenia. Najpierw zawył wiatr, jakby ktoś przeciągnął smyczkiem po strunach całej ulicy, potem niebo rozdarło się tak blisko, że szyby w wąskich okienkach kamienicy zadźwięczały jak kieliszki. Lena przycisnęła plecy do chłodnej ściany korytarza i czekała, aż dłoń przestanie jej drżeć na mosiężnej klamce. — Wchodź już, dziecko, zanim woda postanowi wejść pierwsza — rzuciła Babcia Irena z wnętrza kuchni. W mieszkaniu pachniało chlebem, kroplami po burzy i starym papierem. Było rano, ale burzowa ciemność udawała wieczór. Lena zdjęła trampki i od razu utkwiła wzrok w drzwiach po prawej — tych, które babcia zawsze zamykała na klucz. Gabinet Dziadka Tadeusza. Słyszała o nim tyle, ile słyszy się o kominie: że jest, grzeje, a czasem zasnuwa dymem wspomnienia, których nikt już nie potrafi zdmuchnąć. — Dzisiaj pomożesz mi tam posprzątać — oznajmiła Babcia Irena, jakby czytała jej myśli. — Tadeusz zbierał wszystko, co brzmiało. Bilety, zegarki, radia, nawet kasownik przyniósł, gdy tramwaje wymieniły stare na nowe. Mówił, że rzeczy mają swoje głosy, trzeba ich tylko słuchać. Lena chciała parsknąć śmiechem, ale coś w powadze babcinego głosu zatrzymało jej usta. Zamiast tego skinęła. Tego lata czuła się jak walizka — przenoszona, otwierana, nie zawsze zamykana do końca. Rodzice zakopali się w pracy, a ona utknęła na „chwilę” u babci, która okazała się dłuższa, niż ktokolwiek planował. Próbowała się nie łamać. Mówiła sobie: wytrzymasz. W końcu to tylko rzeczy. Gabinet przywitał je ciszą o ciężarze koca. Szarozielona lampa biurkowa stała na środku wielkiego stołu jak bezludna wyspa, wokół której wyrastały stosy papierów, pudełek i książek. Na ścianie wisiał barometr z pękniętą szybką, obok niego metronom z brakującą klapką i stare radio z lakierowanym drewnem, które trąciło wiśniowym dymem. W kącie pyszniło się lustro w złotej ramie, które lekko mrużyło powierzchnię, jakby próbowało nadążyć za kapryśnym światłem. — Najpierw porządek na biurku — babcia wsunęła klucz do szuflady i zostawiła go tam, jak robiła zawsze. — Potem te gablotki. Zostaw to, czego nie znasz. Znam tu każdy gwóźdź. Zniknęła do kuchni po herbatę. Lena usiadła i zakaszlała, bo kurz uniósł się jak stado wróbli. Przesunęła palcem po zielonym szkle lampy; chłód był miły, gładki, prawie jedwabny. Gdzieś głęboko grzmot poturlał się po dachu. Klik. – O! — Lampa zapaliła się sama, blade światło spłynęło po plamach atramentu na blacie. Lena rozejrzała się nerwowo. — Babciu? W odpowiedzi usłyszała tylko szum czajnika. Siedziała jeszcze sekundę, dwie, próbując zrzucić na wiatr to, co usłyszała, nim zrozumiała, że to wcale nie był tylko klik włącznika. — Wreszcie. — Głos był miękki, nieco nosowy, jak od głębokiego abażuru. — Już myślałam, że będę świecić w próżnię do końca wieczności. Lena wbiła wzrok w lampę. — Słyszysz mnie, Leno? — dodała lampa i światełko zatańczyło, jakby przywitało ją skinieniem. — Ja... to żart? Ukryta kamera? — wymamrotała, rozglądając się rozpaczliwie. Lustro w rogu przez moment zdawało się delikatnie falować, ale może to tylko burza. — Żaden żart. — W drewnie radia zadudniło ciche, dobrotliwe westchnienie. — Głos masz jak twoja matka, kiedy miała piętnaście i krzyczała na mnie, żebym przestała grać o drugiej w nocy. — Radio zamrugało pomarańczowym oczkiem magicznym. — Mów mi Jowita. — Barometr również uprzejmie pozdrawia — chrupnął przy ścianie metal, głos wybrzmiał chropawo, staro. — Mów do mnie Baron. Ciśnienie spada. Znowu. Metronom zaczął cicho tykać, choć jego wahadło nie było poruszane niczyją ręką. — Tyk — przedstawił się sucho, bez zbędnych sylab. — Liczę, kiedy trzeba. Lena zatoczyła krzesło o dywan. — To nie jest możliwe. — Możliwe — odparła lampa spokojnie. — I potrzebne. Mów mi Lila. Lila brzmi lepiej niż „lampa biurkowa z zielonym szkłem”. Powinnaś usiąść. Zaraz wróci Irena i nie chcemy, żeby wylała herbatę z wrażenia. — Babcia to wie? — Lena wyszeptała, a wewnątrz kręgosłupa poczuła coś, co przypominało pion — jakby całe jej ciało nagle ustawiło się do słuchania. — Wiedziała. Dawno temu. — Jowita zaszamotała cicho, jakby wskazówka w radiu szukała stacji. — Potem przestała. Dorośli to robią: nakładają sobie tłumiki. — Tadeusz był słuchaczem — dodał Baron. — Zanim przestał nim być. Lena nie zapytała „dlaczego”. Domyślała się. Dziadek odszedł w marcu, nagle, bez zapowiedzi. Zostawił gabinet, gabloty i milion rzeczy, które podobno można było jeszcze naprawić, ale już nie zrobił tego nikt. — Po co... po co mówicie do mnie? — Lena była zaskakująco spokojna. Może dlatego, że od dziecka lubiła rzeczy. Pióra, spinacze, śrubki. Wierzyła, że mają swój charakter. Tylko nigdy wcześniej nie odpowiadały. — Bo dom coś gubi — powiedziała Lila i cicho zamrugała. — A właściwie: ktoś tu coś gubi z premedytacją. W nocy pojawia się korytarz, którego nie było. Na końcu stoją drzwi bez numeru. Jeśli otworzą się same, bez nas, ucichniemy. Nie od razu. Powoli, ale skutecznie. Stajemy się wtedy czymś, co Jowita nazywa „martwym lakierem”. — Nienawidzę „martwego lakieru” — prychnęło radio. — To tak, jakby ktoś zakleił ci usta taśmą z reklamą mydła. — Wczoraj korytarz oddychał tak blisko, że lustro zaparowało od środka — szepnął Tyk, nie przestając liczyć. — Tyk-tyk. Dwanaście kroków poza planem kamienicy. Z kuchni dobiegł szmer filiżanek. Babcia Irena zanuciła pod nosem piosenkę z lat siedemdziesiątych. Czas ruszył. — Dlaczego ja? — spytała Lena prędko. — Przecież tu pełno ludzi. Sąsiedzi, turystów w sezonie całe stada... — Bo słyszysz nas bez wysiłku — wyjaśniła Lila. — A poza tym, zostawił ci coś, co należy do nas. Coś, co świat lubi nazywać byle jak, a my mówimy na to po imieniu: klucz. — Jaki klucz? — Lena aż odchyliła się na krześle. — Schowany w Kropek — mruknęło radio z czymś w rodzaju uśmiechu. — W kim? — powtórzyła Lena. — W kasowniku. — Lila skinęła światłem w stronę gablotki obok regałów. W środku, wśród siatek papierowych, kartek z taryfami i garści metalowych krążków, leżał ciężki, żeliwny kasownik tramwajowy z rękojeścią wyślizganą od tysięcy dłoni. — Kropek, bo robił kropkowane bilety. Tadeusz tak go nazwał. Lena podeszła, otworzyła gablotkę. Palce miała lekko spocone, ale mechanizm klapki był zaskakująco gładki. Wzięła kasownik do rąk. Był cięższy, niż wyglądał. Ścisnęła dźwignię. — Khe, khe. — Kropek zakaszlał konfetti. Z wnętrza wysypało się kilka wąskich papierków z mikroskopijnymi dziurkami, które rozsypały się na blacie, układając się przypadkiem w kształt gwiazdozbioru. — Nie ściskaj od razu, młoda. To nie balon. Witam. Kropek. Służę pamięcią linii i odcisków. — Czy naprawdę... — Lena nie dokończyła. Kropek kliknął jeszcze raz, tym razem machinalnie, i ze szczeliny wysunął się zwinięty w cieniutką rulonkę pasek papieru. Na nim tuszem — już wyblakłym, ale wciąż upartym — ktoś narysował zarys klucza. Nie zwykłego: z trzema zębami o kształcie liter. — To tylko przepis — mruknął Baron. — Klucz jest w środku. — Jak w środku? — Lena obróciła kasownik. Pod spodem, tam gdzie metalowy spód miał kiedyś numer, przykręcony był mały, okrągły dekielek. W jego gładkiej powierzchni coś połyskiwało: wciśnięta na skraju była mała śrubka w kształcie gwiazdy. — Leno, w tej szufladzie, gdzie Irena zostawia klucz do szuflady — podpowiedziała Lila z lekką ironią — leży śrubokręt. Ten z czarną rączką. Po lewej masz też lupę. Nie pytaj, czemu. Tadeusz łatał rzeczy tak długo, aż zapominały, że były zepsute. Lena znalazła śrubokręt i lupę szybciej, niż zdążyła pomyśleć, że to absurd. Odkręciła dekielek. Metal zaskrzypiał drobniutko, jak przeciągniecie po skrzypcach. W środku schowany był niewielki klucz z mosiądzu, zimny, chropowaty, z zębami w kształcie liter G, Ł i O. Kiedy Lena uniosła go do światła Lili, litery zalśniły, jakby były trochę wilgotne. — GŁO — przeczytała półgębkiem. — To nic nie znaczy. — Znaczy wszystko — prychnęło radio Jowita. — Zanim cokolwiek się zdarzy, ktoś musi powiedzieć głośno: „teraz”. — To klucz od głowicy — powiedział Tyk. — Tyk-tyk. Głowica poręczy. Lew na końcu schodów. Paszcza od zawsze zamknięta. Czeka. Z korytarza dobiegał stuk deszczu o okienne parapety i odległe dudnienie kroków sąsiadów. Babcia musiała zadzwonić do pani z trzeciego, bo rozlegało się teraz charakterystyczne: „To pani Ireno, tak, widziałam błysk!”. Lena wsunęła klucz do kieszeni bluzy i poczuła, jakby włożyła do niej kamień z ciepłej wody. — Jeśli zejdziesz, idź szybko — doradził Baron. — Ciśnienie spada. Kiedy dojdzie do najniższej kreski, korytarz się pojawi. Drzwi bez numeru nie będą czekać grzecznie. — A jeśli nie zejdę? — Szum w głowie Leny narastał, ale nie był nieprzyjemny. Przypominał szum opowieści, w którą już weszła i nie chciała z niej wypaść. — To i tak się otworzą — powiedziała Lila cicho. — Tyle że nie z tobą. Nie zastanawiała się dłużej. Wyszła na klatkę schodową. Zgaszona przez burzową chmurę latarnia za oknem rzucała mleczne światło na rzeźbioną poręcz. U dołu, na spoczniku, wyłaniał się z półmroku lew — głowa trzymająca drewnianą kulę, z pyskiem, który nie był uśmiechem ani groźbą, tylko obietnicą. Lena przyklękła. W paszczy, pod językiem z drewna, zobaczyła niewielki otwór w kształcie liter, które trzymała w dłoni. — Leno, uważaj na drugi stopień — zawołała z gabinetu babcia, nie ruszając się stamtąd. — Zawsze skrzypi jak wyrzut sumienia. Wsunęła klucz. Pasował. O wiele pewniej, niż chciałaby przyznać. Metal dotknął metalu, a po poręczy przebiegł ledwo wyczuwalny dreszcz. Lena wstrzymała oddech i przekręciła. Klik. Stało się coś niezwykłego, ale prawie niewidocznego. Lew zacisnął powieki, jakby ktoś strzepnął z nich kurz, a potem — nic. Cisza. Tylko burza zabrzmiała mocniej, jakby przysiadła na dachu kamienicy. — I co teraz? — szepnęła Lena do własnych palców. — Teraz patrz w dół — powiedział Tyk, choć nie było go obok. Mimo to słyszała go wyraźnie, jakby metronom tykał gdzieś za plecami. — Liczę. Pięć. Cztery. Trzy. Z ciemności na parterze zaczęło wyłaniać się coś, czego nie było jeszcze, kiedy wchodziły z babcią. Po lewej od skrzynki na listy pociemniała ściana zrobiła się cieńsza. Wzór tynku stracił rytm, linie cegieł rozsunęły się jak karty. Z ciemnego prostokąta wypełzła futryna. Drzwi. Gładkie, bez tabliczki, bez numeru, z klamką, która wyglądała, jakby ktoś ją dopiero co wypolerował od wewnątrz. — Dwa — powiedział Tyk. — Leno — zawołała cicho Lila z wnętrza gabinetu. — Nie rozmawiaj z klamką. One są przekonywające. — Jeden — powiedział Tyk. Klamka drgnęła.


Author of this ending:

Age category: 13-15 years
Publication date:
Times read: 39
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.