Dom Trzech Sów
Kamil, student fotografii z pierwszego roku, dostał dziwne zlecenie na wieczór Halloween. Lokalny portal poprosił go o zdjęcia Domu Trzech Sów, ruin na wzgórzu nad rzeką. Mówiono, że tej jednej nocy dom odpowiada na pytania, jeśli przyniesie się własne światło. Kamil zabrał Basię w kapeluszu czarownicy i Igora z latarką, powerbankiem oraz niepotrzebną, lecz pocieszającą drabiną. Mgła pełzła nisko, dzieci biegły z dyniami, a ktoś w zaułku grał na harmonijce niespokojną melodię.
Brama na wzgórze stała uchylona, choć dozorca przysięgał rano, że zapiął kłódkę na dwa zatrzaski. Nad portalem kamienne sowy patrzyły na nich, jakby dopiero odetchnęły po długim dniu milczenia. W środku pachniało parafiną, kurzem i czymś, co przypominało rozmokły papier z bibliotecznej piwnicy. Basia postawiła dynię z wyciętą sową na stopniu, a Kamil sprawdził akumulatory, kadr i czas naświetlania. Igor udawał odwagę, ale ściszył głos do szeptu już przy pierwszym skrzypnięciu podłogi.
Hol był wysoki, chłodny i prawie pusty, tylko portret dziewczyny w zielonej sukni obserwował schody. Kamil zrobił pierwsze ujęcie bez lampy, długim czasem, pewny, że wyciągnie z cieni coś ciekawego. Na ekranie aparatu pojawiły się masywne drzwi na półpiętrze, z żelaznym kołatkiem w kształcie sowy. Podnieśli wzrok i zobaczyli zwykłą, gładką ścianę, bez śladu zawiasów, rys czy jakiejkolwiek ramy. Zrobił drugi kadr; drzwi wróciły na zdjęciu, uparcie obecne jak wspomnienie, które nie chce zniknąć.
Basia, która lubiła legendy, szepnęła, że dom otwiera przejście tylko dla światła niesionego w dłoniach. Wtedy ze schodów dobiegł ich szelest, jakby ktoś rozsypywał suche liście po stopniach od środka ściany. Z ramek portretów zbiegł cień, a w ścianie zapiszczała sprężyna starej pozytywki, grając krzywą kołysankę. Kamil włączył podgląd na żywo; na ekranie drzwi mignęły, mrugnęły, i po chwili stały już całkiem wyraźne. W rzeczywistości powietrze zgęstniało, a po podłodze przesunął się pas liści, choć okna pozostawały zamknięte.
Położyli dynię na trzecim stopniu, tak by płomień zaglądał prosto w miejsce, gdzie drzwi powinny być. Temperatura spadła o kilka stopni, oddechy zasrebrzyły się parą, a obiektyw pokrył cienki, kapryśny welon. Igor uniósł drabinę, jak tarczę, Basia złapała Kamila za rękaw, a on wycelował w klamkę z ekranu. Kołatek zadrżał, mimo że powietrze stało, i usłyszeli trzy wyraźne stuknięcia, jakby z głębokiego korytarza. Potem, bardzo powoli, coś po drugiej stronie nacisnęło klamkę, a zamek odpowiedział krótkim, metalicznym klik.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?