Czytelnia Zero
Ostatni tydzień wakacji w Brzezinach miał zapach rozgrzanego kurzu i papieru. Upalne powietrze stało w miejscu, a wiatr, jeśli w ogóle przechodził przez miasteczko, tylko przeglądał kartki w otwartych oknach. Dawny dworzec kolejowy przerobiony na bibliotekę pomrukiwał cicho, jakby nadal czekał na spóźnione pociągi. Nad wejściem wisiał stary zegar stacyjny. Jego wskazówki zatrzymały się kiedyś na 20:47 i od tej pory uparcie udawały, że czas stanął.
— Nadal nie działa — mruknęła Lena, zadzierając głowę. — Jakby ktoś chciał, żeby przestał.
— Albo działa, tylko inaczej — odparł Igor i stuknął w szybkę palcem. — Mógłby pokazywać coś, czego nie widzimy.
— Na przykład? — Lena uniosła brwi.
— Na przykład to, kiedy robi się najciekawiej.
Uśmiechnął się półgębkiem. Lena znała ten uśmiech: zwykle pojawiał się tuż przed czymś, co kończyło się rozmową z dyrektorką szkoły albo przynajmniej z panią Mróz, bibliotekarką. Tyle że pani Mróz, z głosem zawsze o ton za spokojnym i okularami, które sprawiały, że wyglądała trochę jak sowa, darzyła Igora sympatią. A Lenę — zadaniami. Dziś poprosiła ich, żeby przerzucili teczki z przedwojennymi gazetami na dolną półkę i sprawdzili, czy czegoś nie zjadła wilgoć.
— Tylko niczego nie przesuwać bez potrzeby — przypomniała, znikając za kontuarem. — To miejsce nie lubi, jak się mu robi przemeblowanie.
Lena i Igor spojrzeli na siebie równocześnie. To „miejsce” rzeczywiście sprawiało wrażenie, jakby miało nastrój. Kiedy słońce zachodziło, w najciemniejszych kątach robiło się rześko i pachniało ozonem, jak tuż przed burzą. Czasem na korytarzu migała pojedyncza jarzeniówka, chociaż wymieniono ją w zeszłym miesiącu. Byli tacy, którzy twierdzili, że wciąż słychać tu oddech pociągów.
— Przysięgam, że to tylko wentylacja — mówiła zawsze pani Mróz.
Lena kucnęła przy regale z gazetami. Pomiędzy „Dziennikiem Brzezińskim” a „Kurjerem Powszechnym” tkwiła niebieska koperta, tak cienka, że ledwo widać. Ktoś wsunął ją głęboko, jakby nie chciał, żeby świat ją znalazł. Lena wsadziła paznokcie pod krawędź i delikatnie wyciągnęła.
— Co masz? — Igor oparł się łokciem o oparcie krzesła, ale zaraz się odsunął, bo mebel zaskrzypiał tak pretensjonalnie, jakby miał coś przeciwko podsłuchiwaniu.
— Pocztówkę. Bez znaczków, bez adresu. Ale zobacz... — Lena podsunęła kartę pod lampę. Na odwrocie były dwie kreski, jedna krótsza, jedna dłuższa, i coś, co przypominało odciśnięty okrąg. — I napis: „Szepty milkną o 20:47”.
Igor pochylił się, aż jego włosy prawie dotknęły kartki.
— Okrąg jest wytłoczony. Jakby po... żetonie?
— Aha — mruknęła Lena, już grzebiąc w szufladzie z plakatami. — Albo po czymś, co zostawia taki ślad. Poczekaj.
Nie, nie szukała skarbu. Szukała skrawków zniszczonych egzemplarzy, na których pani Mróz czasem uczyła ich ratować papier. Zamiast tego trafiła na metalowy dysk wielkości pięciozłotówki, przyklejony taśmą do tekturowego grzbietu najstarszego rocznika „Rozkładu Jazdy”. Na dysku wybito „0”, a po drugiej stronie delicate wyryto: „Czytelnia”.
— No proszę... — Igor uniósł dysk do światła. — Kto w bibliotece robi żetony?
Lena uniosła ramiona. Żeton pasował do wytłoczenia na pocztówce tak idealnie, że aż przeszły ją ciarki.
— „Szepty milkną o 20:47” — przeczytał Igor. — Czyli wtedy mają przerwę?
— Może wtedy robi się tu cicho — stwierdziła Lena, spoglądając na zegar, który, oczywiście, wskazywał 20:47.
Biblioteka miała parę dziwnych zakamarków. Za regałem z czasopismami znajdowały się drzwi do składziku, który równie dobrze mógł być tunelem do innego świata. Niby zwykłe, ale bez klamki od zewnątrz. Pani Mróz zawsze nosiła pęk kluczy jak strażniczka zamku i rzadko zaglądała tam w godzinach otwarcia.
— Myślisz... — zaczął Igor.
— Myślę, że jak podpchniesz ten regał o centymetr, pani Mróz pojawi się znikąd — przerwała mu Lena. — I że żeton służy do czegoś, co nie jest automatem na kawę.
Przyklękli przy osłonie wentylacji. W kratce, której śruby były starte, ktoś kiedyś wydrapał: „0”. Jak podpis. Jak sygnał.
— Pomóż mi — poprosił Igor. — Tylko po cichu.
Regał był na filcowych ślizgaczach. Ruszył z westchnieniem, jak człowiek, któremu ktoś przerwał dobrą drzemkę. Za nim, tuż przy ziemi, odkryła się wąska metalowa klapka z okienkiem wielkości znaczka pocztowego. Okienko było zasłonięte mosiężną przesłoną. Obok — szczelina na coś w sam raz wielkości żetonu.
Lena spojrzała na Igora.
— To jest moment, w którym dzwonimy po panią Mróz — powiedziała, ale jej dłoń już sunęła z żetonem do slotu.
— Albo w którym przestajemy być nudni — dodał Igor, wstrzymując oddech.
Metal przyjął żeton z głuchym kliknięciem. Gdzieś w środku coś zazgrzytało, zasuwy przesunęły się jak w starym sejfie, a w powietrzu zrobiło się zimno, jakby ktoś otworzył lodówkę pełną listopada. Lena i Igor spojrzeli po sobie, bo ani jedno, ani drugie nie miało odwagi nazwać tego na głos.
— Tylko na sekundę — szepnęła Lena. — Zerkniemy i wracamy.
Klapa uchyliła się i otworzyła do góry na trzeszczącej sprężynie. Za nią biegły w dół wąskie, bardzo strome schodki, obite gumą pamiętającą inny ustrój. Po obu stronach ścian ciągnęła się poręcz, chłodna i gładka jak stalowe pióro. Pachniało tam kurzem, olejem i... deszczem, którego tego dnia jeszcze nie było.
— Bierz latarkę — powiedział Igor. — Tylko nie włączaj od razu, zobaczmy, czy na dole jest światło.
Zeszli po pięciu stopniach, potem po kolejnych. Gdzieś nad nimi biblioteka mruczała dalej swoim zwyczajnym rytmem: przewracane kartki, szept rozmowy przy katalogu, kroki pani Mróz, której obcasy zawsze brzmiały tak samo. Tutaj jednak było inaczej. Czuć było jeszcze coś: ciche, dalekie stukanie. Równe. Jakby ktoś opukiwał żelazo w rytmie, który mógłby być kodem. Igor, który z nudów kiedyś nauczył się kilku znaków Morse’a, uniósł dłoń.
— Czujesz? — syknął. — To jest... W. R. O... i przerwa. Potem C... albo G. Nie jestem pewien.
— Może to po prostu rynny — odpowiedziała Lena, ale brzmiące w głowie litery już rozpanoszyły się jak niegrzeczne psy, które nie chcą wyjść z ogrodu.
Na dole paliła się lampa w drucianej klatce, taka, jakie można zobaczyć tylko w filmach. Migotała lekko. Za ostatnim stopniem otwierał się wąski korytarz, chłodniejszy niż wszystko, co znała biblioteka powyżej. Ściany były pomalowane na kolor, który kiedyś był kremowy. Teraz był po prostu stary.
Na ścianie wisiała tabliczka z przepisami:
„Cisza bezwzględna.
Nie wynosić urządzeń.
Oddaj lampę przy wyjściu.
Wejścia po 20:47 — tylko z upoważnieniem”.
Igor odwrócił się do Leny, oczy miał większe niż zwykle.
— Wejścia po 20:47 — powtórzył. — A nasz zegar zawsze pokazuje 20:47.
— Może to żart — mruknęła Lena, ale żart, jeśli był żartem, miał zbyt dobrą obudowę.
Za tabliczką, w niszy, stał stolik. Na nim termos w plecionym koszyku, pusty kubek i księga, oprawiona w gruby, popękany skórzany grzbiet. Księga Rejestracji Czytelników — tak głosił złoty napis. Lena położyła palce na okładce i wyczuła wyżłobione linie, gęste jak zmarszczki na dłoniach babci. Otworzyła. Pierwsza strona była z 1954 roku. Dalej 1962. 1971. Tam, gdzie zaczynał się 1973, atrament był bardziej wyblakły, a pismo tak równe, jakby pisała maszyna, która nauczyła się udawać człowieka.
— Popatrz — Lena przesunęła palcem po wpisach. — V. Murawska. B. Reszka. H. Arendt. I... — Przełknęła ślinę. — L. Kowalska.
— Ale ty... — Igor urwał. — Nie było cię jeszcze wtedy nawet w planach.
Pod wpisami z lat 70. znajdowały się nowsze, już w normalnym, współczesnym długopisie. Ostatnia linijka: „I. Rybak — 24 sierpnia, 20:47”. Dzisiejsza data. Igor przełknął. Jego nazwisko w tym miejscu wyglądało jednocześnie zupełnie zwyczajnie i zupełnie nie na miejscu.
— Ktoś tu jest — wyszeptał. — Ktoś, kto zna nasza imiona.
— Albo coś korzysta ze starej listy — odparła Lena, starając się, żeby jej głos nie zabrzmiał jak podkręcona linia telefoniczna w horrorze.
Korytarz doprowadził ich do drzwi. Ciężkie, metalowe, z małym okienkiem, przez które nie widać było nic oprócz paska czerni. Na drzwiach ktoś flamastrem narysował zero i strzałkę w dół. Igor dotknął klamki, ale nie nacisnął.
— Jeszcze raz — powiedział. — Jeśli chcesz, wracamy.
Lena chciała odpowiedzieć, że tak, że oczywiście, że wrócą, zaraz, już, ale wtedy światło w klatce zamigotało intensywniej. Po drugiej stronie drzwi coś zaszeleściło. Nie, nie „coś”. Szelest był rytmiczny, jak przesuwane kartki. Pomyślała o dłoniach, które przewracają katalogi, o piórze, które notuje w rejestrze nazwiska. O kimś — nie, nie o kimś. O obecności. O pracy, która nie skończyła się, chociaż na górze od dawna zamknięto kasę biletową.
— Słyszysz to? — zapytał Igor.
— Tak.
— To znaczy, że nie zwariowaliśmy.
— Albo zwariowaliśmy razem — odparła Lena i, zanim jej rozsądek zdążył ją złapać za ramię, nacisnęła klamkę.
Zamek ustąpił z cichym pyknięciem. Drzwi poruszyły się o milimetr, potem o dwa. Z środka powiało chłodem, ale nie tym piwnicznym; to był chłód nocnego peronu, gdzie głosy mniej odbijają się od ścian, a kroki brzmią inaczej.
— Lena... — Igor wyciągnął rękę, jakby chciał ją zatrzymać albo przynajmniej być obok. — Masz latarkę?
Włączyła aplikację, ale ekran zamigotał i zgasł. Igor spróbował swojej — to samo. Zupełnie jakby ktoś nad nimi w bibliotece wcisnął niewidoczny wyłącznik. Zegarek w telefonie Leny uparcie pokazywał 20:47.
Wtedy, tuż przy ich stopach, po drugiej stronie progu, coś potoczyło się, uderzając o metal. Żeton. Taki sam jak ich. Zatrzymał się równo na granicy światła dochodzącego z klatki schodowej. Lena kucnęła — palcem dotknęła jego chłodnej krawędzi.
— Halo? — powiedziała do ciemności, która pachniała dżemem z porzeczek, kurzem i czymś żelaznym. — Jest tam ktoś?
Z wnętrza dobiegło ich ciche, głębokie westchnienie. Potem dźwięk dotkniętych ołówkiem kartek i szelest, jakby ktoś odsunął krzesło.
— Proszę... — odezwał się głos, niski, niewyraźny, ale bliski. Nie brzmiał groźnie. Brzmiał znająco. — Nie spóźniajcie się. I nie odwracajcie się, kiedy zacznie...
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?