Did You Know?

Cztery sekundy


Cztery sekundy
Nadodrze pachniało mokrą cegłą i rozgrzaną miedzią po deszczu. Tramwaj, co zwykle zgrzytał pod oknami, dziś przetaczał się łagodniej, jakby miasto chciało dać pracowni Zosi Chmury chwilę spokoju. Szyld nad drzwiami — cienka kursywa wykuta w metalu: „Zegarmistrzyni” — połyskiwał w szarej wodzie, która zsuwała się po szybie. Lena stała na stołeczku i czyściła szkła w gablotach. Lubiła to, choć nikt jej do tego nie zmuszał. Tyk-tak, tyk-tak — dźwięki nakładały się, tworząc chór, w którym potrafiła odróżnić głos każdego zegarka. Ten w zielonej kopercie sapał jak zadyszany pies. Stare kieszonkowe Fukuyamy, maleńkie i uparte, klikały równo jak szkolny dziennikarz zapisujący oceny. A na ścianie, pod żeliwną półką, wisiał krępy regulator, który zawsze zwalniał po dwunastej, jakby sam chodził na drzemkę. Lena miała czternaście lat i serce ustawione na cztery sekundy. Tak myślała, odkąd odkryła, że kiedy wstrzymuje oddech, świat staje. Nie na zawsze, nie bez granic. Na cztery uderzenia serca, z groszami. Próbowała raz dociągnąć do piątego. Obudziła się na podłodze, z wargami jak z lodu, i obietnicą złożoną samej sobie: żadnych brawurowych myśli. Napisała nawet w zeszycie zasady, żeby nie kusiło. 1) Nie w szkole. 2) Nigdy, kiedy ktoś patrzy. 3) Nie dla byle czego. Mimo to pomagała sobie czasem tutaj, w pracowni, gdzie nikt jej nie widział, bo babcia Zosia schodziła do piwnicy po sprężyny, a klienci trafiali rzadko i nie wszyscy byli cierpliwi. Wystarczyło wziąć wdech i pozwolić, by kurz zawisł w powietrzu jak gromada złotych rybek, a drobne śrubki przestały turlać się po blacie. Raz złapała w powietrzu cały kubek kawy, zanim zdążył się rozbić — i to było najdziwniejsze: ciepło poruszało się jeszcze w cieczy jak zapomniana melodia, chociaż wszystko dookoła już milczało. Dziś poranek był zwyczajny. Powietrze leciutko elektryzowało się od wilgoci i przewodów, które biegły nad ulicą pod niebem jak czarne kreski w zeszycie w kratkę. Lena nawijała ściereczkę na palce, kiedy zadzwonił dzwonek nad drzwiami. W progu stał kurier, w kurtce popryskanej drobną mżawką. Podał paczkę owiniętą w brązowy papier i pokrytą gęstą siatką znaczków. — Do pani Zofii Chmury — powiedział, sprawdzając coś na telefonie. — Podpis? — Babcia zaraz będzie — odparła Lena, ale kurier już zawracał, jakby gonił go inny adres, inny zegar. Zostawił paczkę w jej dłoniach, ciężką, z niespodziewanym, miękkim dźwiękiem wewnątrz, jakby ktoś zamknął w środku kierunek wiatru. Nie było nadawcy. Tylko kaligraficznie: „Pracownia Zegarmistrzyni. Do rąk własnych”. Lena postawiła paczkę na blacie. Materiał papieru drżał pod palcami. Zawsze, kiedy coś ją niepokoiło, robiła to samo: przymykała powieki i liczyła do czterech. Uspokajało. Tym razem liczenie mieszało się z ciekawością, która grywała w jej klatce piersiowej jak szorstki kontrabas. Rozcięła papier nożykiem. Pod spodem był drewniany futerał, gładki, ciemnobrązowy, z rysami jak mapy rzek. Wieko otworzyło się niechętnie, odsłaniając zegarek kieszonkowy w mosiężnej oprawie. Nie był piękny jak nowe modele. Miał rysy, jak po bitewnych historiach, a wskazówki były cienkie jak cierpliwość na klasówce z matematyki. Zamiast szklanego okienka — polerowany bursztyn, wewnątrz którego błyszczały mikroskopijne bąbelki, jakby zamknięto tam nocną burzę. Zegar tykał, ale nie tak jak inne. Słyszała to natychmiast. Zamiast równego taktowania miał własny rytm: dwa szybkie uderzenia, przerwa, jedno długie. W tle coś jeszcze. Ciche, niemal niewykrywalne drżenie, które nie było dźwiękiem, bardziej jak wrażenie na skórze. Lena przyłożyła zegarek do ucha. Powietrze przybrało smak brzozowych soków i metalu. — Nie ruszaj, Leno — odezwała się babcia Zosia, wychylając się z zaplecza. Jej czoło było zbroczone pyłem po pracy, oczy błyszczały otwartą czujnością. — Nie znam tego. Pokaż. Lena odsunęła dłoń, ale bursztynowe okienko jakby przyciągało wzrok. Zanim zdążyła położyć zegarek na miękkiej ściereczce, przez pomieszczenie przetoczył się niespodziewany skurcz ciszy. W jednej chwili wszystkie zegary wstrzymały oddech. Wskazówki zatrzymały się, niektóre w połowie milimetra, jak tancerze stojący na czubkach palców. — Co jest... — babcia ruszyła do ściany, gotowa dotknąć regulatora. Wtedy łomotnęła ogromna, lepka panika. Zegarmistrzyni zawsze powtarzała, że czas kłóci się tylko z tymi, co próbują go dogonić. A tu czas po prostu stanął, jakby ktoś pociągnął za hamulec. Lena nie myślała. Wciągnęła głęboko powietrze, aż żebra zabolały, i pozwoliła czterem sekundom zrobić swoje. Miała nadzieję, że to na moment, że tylko w pracowni, że da się naprawić. W jednej ciszy zawisł pył, krople na szybie przestały spływać, a nawet światło, tak jej się zawsze wydawało, stawało się gęstsze. Cisza była inna niż zwykle. Miała brzegi. To ją spłoszyło. Zamiast gładkiego wdechu poczuła w płucach obcy ciężar. Wszystkie tykanie odpłynęły, poza jednym: bursztynowym. Ono nadal żyło, w tempie, którego nie ustalił żaden zegarmistrz. Dzwonek nad drzwiami zadygotał i zamarł w pół drgnięcia. Drzwi uchyliły się, zostając w pozycji, której nie znosiła statyka. Na progu w kadrze pół światła, pół cienia stanął chłopak. Nie znała go. Miał rozpiętą wiatrówkę, spod której wystawała szara bluza, i deskorolkę pod pachą. Krople wody kleiły mu rzęsy w wachlarz. Był starszy? Może nieznacznie. Najdziwniejsze były oczy — nie kolor, nie kształt, tylko sposób, w jaki patrzyły: nie na nią, ale przez nieruchomy świat, jak na coś, co się prześwituje. To powinno było go zatrzymać. Powinien stać w futrynie, jak wszyscy, jak tramwaj za oknem i ptak zawisły nad torami. A jednak poruszył się. Wsunął stopę w środek pracowni, jakby dotykał powierzchni jeziora, sprawdzając, czy lód wytrzyma. Spojrzał na zawieszony w pół ruchu dzwonek, dotknął go opuszkiem. Metal nie zadzwonił; tylko zadrgał, jak ryba, która jeszcze nie zdecydowała, czy wrócić do wody. Lena poczuła piknięcia w głowie — punkty, którymi odliczała własny limit. Jeden. Dwa. Trzy. Zgoda, pomyślała, panikując po cichu: teraz powinnam wypuścić powietrze. Ale ciekawość trzymała ją mocniej niż rozsądek. Chłopak zdjął kaptur. Jego włosy były ciemne i przyklejone do skroni. Ręką sięgnął prosto do bursztynowego zegarka, bez wahania. Nie patrzył na babcię, która stała nieruchomo przy regulatorze z wyciągniętą ręką — w tej dziwnej, pożyczonej od ciszy pozie. Patrzył na Lenę. A w tych oczach było coś niepokojąco znajomego, jak echo własnego kroku w pustym korytarzu. — Odetchnij, jak będę mówił — powiedział, a jego głos przeniknął ciszę, chociaż nie powinien. Mówił normalnie, trochę ochryple, jak ktoś, kto za długo z kimś dyskutował na wietrze. — Nie wcześniej. Lena prawie zachłysnęła się powietrzem ze zdziwienia. Nikt nigdy nie słyszał jej w tej warstwie, nikt nie mógł się z nią spotkać pomiędzy sekundami. Nikt poza nim. — Kim ty jesteś? — wyrzuciła szeptem, który wcale nie był szeptem, bo szept tutaj nie działał. To nie miało sensu. Jej policzki zaczynały piec, płuca paliły miękkim ogniem. — Iwo — odpowiedział krótko. — Spokojnie. Masz cztery. U mnie inaczej. Dam radę. Sięgnął do zegarka, nie dotykając przy tym jej dłoni. Metal zamruczał czymś, co przypominało grzmot pod palcami. Za oknem iskra, która dotąd wisiała jak złota fasolka na linii tramwajowej, cofnęła się o milimetr. Lena aż zakłuło za mostkiem. Cofnęła się o krok, ale stołek, na którym stała, nie reagował na tę decyzję świata. — Po co to przyniosłeś? — zapytała, a pytanie, jak wszystko tutaj, było grubsze i cięższe. — Ja? — Iwo uśmiechnął się tam, gdzie kąciki przy ustach ledwo drgnęły. — To przyszło do ciebie. Trzyma cię w środku. Tak jak mnie moje. — Nie rozumiem. — Ech — zrobił krótkie „ech”, w którym zmieścił się cały listopad. — Rozumiesz więcej, niż ci się wydaje. Wiesz już, że jesteś tu nie sama. Cztery. Liczby w głowie Leny zamajaczyły czerwienią. Napięcie rozlało się po mięśniach, bezradność jak chłód pod koszulką. Powinna oddychać. Refleks kazał jej rozchylić usta. Iwo skinął głową, jakby czytał jej myśli, i dotknął bursztynu kciukiem. Wewnątrz zegarka, między bąbelkami uwięzionego światła, coś zaświeciło dziwnie, matowo, jak księżyc na powierzchni jeziora. — Teraz — powiedział. — Ale zanim odzyskasz dźwięk, posłuchaj. Kiedy wydech wróci, wróci coś jeszcze. Cząstki kurzu wokół nich zadrżały, jak kosmyki piór w podmuchu prawie wiatru. Za drzwiami tramwaj stanął w poprzek błysku, a w jego oknie odbiła się twarz Leny — odwrócona, młodsza o ułamek serca. Dzwonek nad drzwiami drgnął po raz pierwszy, jakby wreszcie miał wydać dźwięk. Babcia Zosia — nieruchoma dotąd — w jednej chwili podniosła wzrok tak, jakby spojrzała prosto na nich. Iwo uchylił wieko zegarka o milimetr, a wskaźnik sekundnik wykonał nieprzyzwoicie długi krok w tył. Lena, z płucami pełnymi ognia i głową pełną pytań, poczuła, że oto zaczyna się coś, czego nie da się wyczyścić ściereczką ani schować pod szkłem. Zacisnęła palce wokół koła futerału, a Iwo uniósł wzrok tak, jakby zauważył coś za jej ramieniem. Na szybie od ulicy zaczął rysować się wzór — cienkie linie z pary ułożyły się w kształt, który kiedyś widziała tylko w atlasie gwiazd. Ktoś z zewnątrz, niewidoczny, powoli przesunął palcem po zimnym szkle, kreśląc jej imię. — Leno — odezwał się Iwo, prawie bezgłośnie. — Zaraz wszyscy usłyszą, jak naprawdę tyka miasto. W tej samej sekundzie gdzieś wysoko na linii tramwajowej iskra rozpękła się na dwa, jak cięta brzytwą kropla, i każda z nich ruszyła w inną stronę.


Author of this ending:

Age category: 13-15 years
Publication date:
Times read: 32
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.