Czerwony punkt nad trzcinami
Mgła unosiła się nad bagnem jak oddech czegoś ogromnego i spokojnego. Na płyciznach kołysały się porzucone przez zimę kępy turzyc, a dalej, tam gdzie woda była czarna, ciemność miała swój własny połysk. Na horyzoncie stały jak znaki zapytania splecione korony olch. Żurawie wołały się pod niebem, a ich głosy rozcinały noc na długie wstęgi dźwięku.
Maja przystanęła na krawędzi grobli, z odbiornikiem przy uchu. Na ekranie telefonu punkt, który oznaczał obrożę wilczycy Smugi, drżał i przeskakiwał, jakby miał dość geometrii mapy. Inaczej niż zwykle: nie miękkimi zawijasami trasy, tylko prostymi, nerwowymi kreskami. Jakby ktoś przeprowadzał po papierze rysik – w poprzek trzcin, w poprzek wody.
– Widzisz to? – odezwał się Staszek, podsuwając jej termos. – Przecież ona nie biega po linii prostej. A już na pewno nie przez płynącą wodę.
– Albo nie ona – odparła Maja cicho. – Albo ktoś jej w tym pomaga.
W słuchawkach piknięcia radiotelemetrii układały się w melodię znaną z tygodni obserwacji, ale dziś było w niej coś obcego. Jeden z tonów, zbyt wysoki, zbyt czysty, jak śmiech niepasujący do rozmowy. Pod butami miała wilgotny piasek, w którym świeże ślady ludzi zlewały się z odciskami ptasich pazurów. Ktoś tędy przeszedł nie później niż godzinę temu. Może fotograf. Może ktoś, kto chciał mieć wilka na wyciągnięcie obiektywu.
Po drugiej stronie trzcin – blisko, choć niewidoczne – węch prowadził Smugę przez noc jak cienki, pewny sznur. Urodziła się w borach, o futrze barwy cienia i światła, potrafiła przesuwać się między gałązkami, nie poruszając ich bardziej niż wiatr. Znała to bagno: pachniało mokrą korą, rybą, lisem, gniazdem czajki, gorzką skorupą starych bobrowych patyków. Pachniało też czymś nowym. Czymś, co nie miało mięsa ani sierści, a jednak zostawiało w powietrzu ślad, który denerwował nos – ciepły plastik, słodkawy smar, metal po dotyku ludzkiej dłoni.
Za Smugą, kilka długości ogona w tyle, trzymał się młodzieniec z jej zeszłorocznego miotu, chudy i ambitny, gotów wszystko sprawdzać i wszystkiego się uczyć. Szły w milczeniu. Noc nie lubiła trzasków. Przeskoczyły wąski, ciemny rów; czuły, że bobry zbudowały gdzieś z boku nowe spiętrzenie. Słyszały też coś, czego nie znały z księżycowych nocy. Wysoki, stały brzęk, jak komar, który nigdy się nie zmęczy.
– Drona nie zamawialiśmy, prawda? – Staszek zmrużył oczy. Nad trzcinami wisiał czerwony punkcik, poruszający się powoli, jakby badał powierzchnię wody.
– Nie nasz – Maja odsunęła termos i schowała go do plecaka. – Ktoś tu poluje na obrazki. Albo na odpowiedź.
Z pochylonego pnia ślizgał się do wody cień żaby. W powietrzu unosił się zapach mokrej sierści i dymu z odległej wsi, tak cienki, że ledwo go czuła. Maja opuściła wzrok na ścieżkę. Od ciemnych plam w błocie aż do trzcin ciągnął się zygzak świeżych śladów – nie tylko butów. Ktoś targał coś cięższego, co bruzdowało ziemię. Przy kolanach Maja dostrzegła porzucony skrawek folii, tłusty od rybiego zapachu.
– Przynęta – powiedziała do siebie, nie do Staszka. – Na lisa? Na kunę? A może liczy, że wilk nie przejdzie obojętnie.
Piknięcia w słuchawkach przyspieszyły jak serce tuż przed biegiem. Czerwony punkt zawisł nieruchomo, światło odbiło się w cienkim pasie wody między trzcinami. W tej samej chwili Smuga zatrzymała się. Położyła uszy, ściągnęła wargi. Jej młodzieniec, przyzwyczajony do podrabianych zapachów od obcych śmietników i miejsc, gdzie ludzie wystawiają swoje odpadki, pochylił głowę i wciągnął powietrze jeszcze głębiej, jakby chciał rozplątać każdy jego włos.
Z gąszczu zagrało coś, co miało być wyciem. Było podobne, lecz zbyt równe, jak nagranie puszczone z metalowej puszki. Smuga usztywniła łopatki. Znajome-nieznajome. Jak echo, które nie wraca z gór, tylko z urządzenia.
– Ktoś zawodowo głupi albo zawodowo sprytny – syknął Staszek. – Maja, jeśli to ludzie z dronem, to nie powinniśmy za nimi iść. Nie wiemy, czy nie mają siat…
– Wiem – przerwała mu, choć już stawiała stopę na pierwszy kamień grobli. – Ale jeśli tam jest Smuga, nie zamierzam zostawić jej w tej sytuacji bez świadka. Nie podejdziemy bliżej niż trzeba.
Powietrze było ciężkie od wody i woli przetrwania, która tkwiła we wszystkim dookoła – w trzcinie, w miękkiej ziemi, w małych, cichych ruchach owadów zbyt odważnych na tę porę. Maja i Staszek pochylili się, skryci przez żerdzie jałowca i brązowe kłosy turzyc. Czerwony punkt drona drgnął, zmienił wysokość, a potem opadł niżej, jakby szukał prześwitu między źdźbłami. Piknięcia obroży zmieniły rytm z modulowanej fali w ciągły, niemal jednostajny ton, który bardziej przypominał trzymany dzwonek niż próbę lokalizacji żywego zwierzęcia.
Smuga zrobiła krok, stawiając łapę tam, gdzie światło spowiło wodę, jakby każdy bąbel miał w sobie oko. Czuła teraz wyraźnie nie tylko twardy, obcy zapach urządzenia, ale też cień ludzi – płytki oddech, niecierpliwość, ten rodzaj ciepła, który nie należy do nocy. Młodzieniec uniósł głowę i wpatrzył się w czerwone światło, nie do końca rozumiejąc, czy to wrogi ogień, czy owad, który można zgryźć.
– Nie ruszaj się – wyszeptała Maja, choć nikt z dwójki po drugiej stronie bagna nie mógł jej usłyszeć.
W trzcinach, po lewej, zadrgał cień większy niż lis. Przez chwilę wydawało się, że to tylko wiatr, który postanowił spiąć kilka łodyg naraz. Potem, niemal bezszelestnie, poruszył się kawałek bezksiężycowego nieba. Maja dostrzegła kąt szkła; po chwili zaświtał mikroskopijny refleks – soczewka.
– Jest tam – mruknął Staszek. – Ma kamerę. I głośnik. Może myśli, że to cudowny sposób, żeby wilk stanął mu na wprost.
– Może myśli, że wilk ma ten sam rodzaj ciekawości, co on – odpowiedziała Maja, czując, jak w palcach napina jej się skóra. – A może… – urwała. Nie chciała głośno mówić, że obroża zachowuje się tak, jakby ktoś ją testował, a Smuga była tylko dodatkiem do eksperymentu.
Gdzieś za ich plecami cicho trzasnęła gałązka. Nie głośno, nie ostrzegawczo, ale tak, że oboje odwrócili się natychmiast. Nie zobaczyli nic – tylko ciemniejsze warstwy ciemności. Maja wzięła oddech, który nie chciał być pełny. Smuga też to usłyszała. Jej ciało zmiękło i stwardniało naraz, gotowe do zawrotu i ataku w jednym odruchu. Młodzieniec przywarował, znikając prawie całkiem w trawie, jakby nagle przypomniał sobie lekcję, którą wbiło mu to miejsce: przetrwać to przede wszystkim nie dać się zauważyć.
Dron dał się zaciągnąć przez wiatr na tyle, by jego czerwony punkt zniknął na sekundę, a potem rozkwitł znowu, tym razem niżej, z szumem, który wygładził powierzchnię wody jak dłoń. Na powierzchni jeziorka, po prawej, coś zamigotało na niebiesko – mechaniczne, obce światło, ledwie dłuższe od mrugnięcia, jakby druga, mniejsza zabaweczka zawisła przy samej powierzchni. Albo jakby ktoś na drugim brzegu, zupełnie cicho, uniósł latarkę z chłodną diodą.
– Widzisz to? – Staszek przycisnął dłoń do ziemi, jakby chciał ją uspokoić. – Tam jest ich więcej.
– Widzę – odparła Maja, a słowo wyszło z niej tak, jak wychodzi się na wodę: ostrożnie i bez pewności, że dno jest w tym samym miejscu, co przed chwilą.
Smuga uniosła kufę i spojrzała prosto w bruzdę trzcin, pod którą klęczeli ludzie. Nie powinna była widzieć oczu. A jednak przez ułamek chwili Maja miała wrażenie, że wilczyca patrzy dokładnie na nią, na jej dłoń, na odbiornik, na nerwowo drgający kabel słuchawek. W tym czasie czerwony punkt drona poruszył się gwałtowniej, zsunął jeszcze niżej, tak że Maja poczuła na policzku delikatny, sztuczny podmuch śmigieł – obcy wiatr wśród tylu wiatrów.
Po lewej coś zahrobotało. Z gąszczu wynurzył się kształt zbyt wysoki jak na człowieka skulonego, zbyt kanciasty na zwierzę. Metal lekko zadźwięczał o metal. Ktoś zmieniał pozycję. Na wodzie, między dwiema górami trzcin, pojawił się krąg, jakby coś – lub ktoś – dotknął lustra palcem i poruszył je bez hałasu. Piknięcia w słuchawkach zlały się w jeden, czysty, wibrujący dźwięk, a młodzieniec Smugi popełzł naprzód o centymetr, oczarowany tym wszystkim, co było nowe.
Maja chciała unieść rękę – nie wiedziała, czy po to, by sygnalizować człowiekowi w trzcinach, żeby opuścił drona, czy po to, by dać wilczycy jakiś nie-ludzki gest, uspokajający, niegroźny. Usta miała suche. Gdzieś w oddali odezwał się samotny bekas, jakby przypominając, że świat składa się też z rzeczy zwyczajnych.
A potem woda na skraju bobrowej tamy zaszemrała inaczej niż dotąd. Nie głośniej – bardziej zdecydowanie. Smuga zrobiła pół kroku, dron opadł o kolejny cal, a zza trzcin po przeciwnej stronie, tam gdzie przed sekundą błysnęło chłodne światło, wyłoniło się coś, czego nie było w żadnej z ich dotychczasowych nocy.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?