Did You Know?

Cisza przed werblem


Cisza przed werblem
Przyjechali po cichu, tak jakby nie chcieli spłoszyć nocy. Na placu po starym targu, gdzie o świcie sprzedawano zioła i ryby, wyrósł namiot tak wielki, że mógłby przykryć pół rynku. Płótno, wyszywane srebrną nicią, łapało światło latarni i oddawało je jak oddech. Cyrk Zorza. Po tylu latach na drogach nauczyłam się rozpoznawać, kiedy miasto będzie nasze, a kiedy to my będziemy należeć do miasta. Dzisiejszy wieczór obiecywał to drugie. Mam na imię Marta i jestem kierowniczką sceny. To znaczy: znam układ desek pod butami klauna, wiem, które reflektory lubią gasnąć po drugim werblu i potrafię przytrzymać niebo za kulisami, kiedy artyści proszą o chwilę dłużej. Tego dnia trzymałam w dłoni listę wejść: orkiestra, żonglerzy, duet trapezowy, piesek Teo w małej czerwonej pelerynie, a w połowie – numer, którego nie graliśmy od lat. „Przejście przez zwierciadło”. – Przywiozłem je osobiście – powiedział Bruno, iluzjonista, kładąc dłoń na skrzyni z mahoniu, jakby tulił śpiące zwierzę. Miał rękawy podwinięte do łokci i ten jego spokój, za którym kryje się stuletnia tradycja oszukiwania wzroku. – Będzie dobrze, Marto. Publiczność zobaczy, co znaczy cisza przed werblem. – Cisza to umiem – odparłam, ale spojrzenie uciekło mi do Lili. Lila Radwańska, nasza akrobatka, owijała nadgarstki białą taśmą. Z bliska jej dłonie wyglądały jak mapy – każdy siniak był ulicą, każdy odcisk placem, a cienkie, świeże zadrapanie na kciuku czymś, co miało jeszcze dostać nazwę. Była młodsza ode mnie o dziesięć lat, ale na linie potrafiła zawiesić czas. I to ona miała przejść przez szkło. Byłam przy tym, kiedy numer powstał. Byłam też, kiedy zniknął z programu. Wtedy nikt nie powiedział wprost, czemu ma przerwę. Szeptało się, że szkło nie zawsze chce współpracować. Że obraz bywa bardziej uparty niż ciało. W cyrku każdy szept brzmi jak zapowiedź – trzyma się go zębami, póki nie stanie się faktem albo żartem. Dyrektor Kędra postanowił, że tej jesieni żart zamieni się w oklaski. Rozpakowaliśmy skrzynię po południu. Szkło w ramie było ciemne, prawie grafitowe, jak tafla rzeki tuż przed burzą. Na odwrocie – stare, teatralne naklejki. Nazwy miast, które dawno zniknęły z rozkładów, daty sprzed wojen, pieczęcie, których dziś nikt już nie stawia. Podniosłam płótno, które chroniło powierzchnię, i przez sekundę zobaczyłam nie siebie, tylko namiot. Jakby zwierciadło wolało odbijać miejsce niż twarz. Bruno uśmiechnął się, jakby to planował. – Pamiętasz wskazówki? – zapytał łagodnie. – Pamiętam – odpowiedziała Lila, ale wzięła od niego szkic z notatkami, choć znała go na pamięć. Ktoś z boku mógłby pomyśleć, że to urocza ostrożność. Ja wiedziałam, że to pactum: ty mi dajesz plan, ja ci daję zaufanie. Zakładali właśnie nową matę pod ramą, kiedy orkiestra przyszła stroić instrumenty. Trębacz przeciągnął dźwięk tak czysto, że aż jaśniej zrobiło się pod kopułą, a kontrabas mruknął jak nadpobudliwy kot. Z tylnej kurtyny wyszła Basia, żonglerka, i bez pytania położyła w rogu dwie dodatkowe piłki. W cyrku uwielbiam momenty, kiedy każdy robi swoje, a wszyscy tworzą coś jednego. – Słyszeliście? – zagadnął Eryk od świateł, zwieszając się z podestu jak winorośl. – Burza ma przejść bokiem. Ale może przycisnąć. – Niech przyciska – mruknął Kędra. – Pod dachem mamy własne grzmoty. Kiedy weszli pierwsi widzowie, zapach waty cukrowej zmieszał się ze smarem z wciągarek, perfumami z pierwszych rzędów i farbą do butów z garderoby. Dzieci z miast, gdzie Cyrk Zorza jeszcze nie gościł, przyglądały się namiotowi tak, jakby próbowały policzyć wszystkie gwiazdki na kopule. Dorośli zajmowali miejsca z rezerwą, która zwykle topnieje po drugim numerze. Miałam w uchu słuchawkę, w dłoni chronioną jak relikwię kartkę z cue listą i to uczucie, że stoimy w progu czegoś, co albo nas przerośnie, albo nas uniesie. Wieczór zaczął się gładko. Teo ukradł serce trzeciego rzędu samym machnięciem ogona, duet trapezowy wstrzymał oddech sali na cztery długie sekundy, a Basia żonglowała sześcioma piłkami i jednym jabłkiem, które na koniec ugryzła z gracją księżniczki z baśni. Werbel prowadził nas jak nitka – lekki tu, cięższy tam, aż wybijał rytm, w którym wchodziła Lila. Usłyszałam własny głos w słuchawce: – Po wejściu klauna A przejście na cztery czarne. Lila wchodzi przy półmroku, światło punkt na centrum, Bruno z lewej, rama już stoi. Eryk, daj oddech reflektorom. Zróbmy to miękko. – Przyjąłem – odpowiedział Eryk. – Półmrok miękki jak chleb. Po trzech czarnych na namiocie osiadła cisza tak gęsta, że słyszałam, jak ktoś w loży rozrywa papierek po karmelkach. Potem wejście smyczków – jedno przeciągnięcie, jakby ktoś otwierał drzwi w pustym domu. Lila wyszła w kostiumie, który nie grał pierwszych skrzypiec: proste, srebrzyste body, włosy związane w wysoki koczek, bose stopy, nadgarstki owinięte bielą. Bruno szedł krok za nią, niosąc coś, co wyglądało jak szkarłatna wstążka, a było tylko rekwizytem do drobnej gry z publicznością. Rama stała już na środku areny, na własnych nogach, obciążona tak, by nie drgnęła. – Panie i panowie – zabrzmiał głos Kędry, miodowy i pewny, tak jak trzeba. – Przed państwem numer, którego nie widzieliście w naszym mieście nigdy. Prosimy o ciszę, prosimy o uwagę. Prosimy o wiarę w to, co zobaczycie, chociaż nie prosimy o wiarę w niemożliwe. Nie dodawał zwykle takiej puenty. Spojrzałam na niego przez szparę w kurtynie. Wzruszył ramionami. „Niech mają” – powiedziały jego oczy. Lila stanęła naprzeciw zwierciadła. Bruno rozpiął wstążkę w powietrzu tak, że przez moment naprawdę wyglądała jak skręcający się dym. Puścił ją, a ona spadła i rozwinęła się u stóp Lili, która zrobiła krok do przodu. Odbicie było ostre – jakby szkło było nie szkłem, a drugą sceną, o włos przesuniętą względem naszej. W tej drugiej scenie Lila była tak samo spokojna, tak samo prosta, tylko że w jej spojrzeniu było coś… Nie znajdowałam słowa. Nie „strach”. Nie „zachwyt”. Może „rozpoznanie”. – Dotknij – szepnął Bruno. Jego szept wypełnił namiot tak, jakby był zrobiony z aksamitu. Lila podniosła dłoń. Nie drżała. Po tylu latach z nią wiedziałam, że kiedy drży, robi to tylko pod kostiumem. Palcami muśnięła szkło. Zagrał cichutki, szklisty dźwięk, jakby ktoś na odległość trącił kieliszek. Dziecko w trzecim rzędzie się roześmiało, ktoś w pierwszym zamrugał, ktoś inny odchrząknął. Oświetleniowiec dał pół ton ciemniej. Ja – nie oddychałam. Zwierciadło… odpowiedziało. Najpierw pomyślałam, że to cień reflektora. Potem, że to moja wyobraźnia. Ale nie: z drugiej strony, dokładnie w tym miejscu, gdzie Lila dotykała, pojawił się ślad dłoni. Taki malutki chłód na szkle, para jak po oddechu. Tylko że Lila nie dmuchała. A ślad… przesunął się, jakby coś przykładało dłoń od środka. Orkiestra, dobrze wyćwiczona, zagrała nutę niżej. Publiczność jak na komendę pochyliła się do przodu. Bruno ani drgnął. Widziałam, jak jego źrenice rozszerzają się od światła. Widziałam też, jak Eryk wstrzymuje rękę nad suwakiem i cofa ją, zostawiając nas w tej północy z błyskiem. – Powoli – mruknęłam do mikrofonu. – Jak pierwszy krok na nowym moście. Lila nacisnęła delikatnie, a szkło ugięło się jak woda. Niby nic niezwykłego – w końcu o to chodziło w numerze. Ale nigdy jeszcze nie widziałam, żeby powierzchnia była tak ciepła w odbiorze, tak namacalna, jakby za nią nie było mechanizmu, tylko oddech. Bruno zrobił pół kroku w bok. Jego dłoń uniosła się, gotowa do ruchu, który ćwiczył tysiąc razy. Dyrektor Kędra oparł dłonie na barierce loży, z uśmiechem, ktorým potrafił przytrzymać stado koni. A potem, zanim Lila przełożyła drugi palec, zanim mięśnie jej ramion zdążyły utworzyć znajomy łuk, usłyszałam dźwięk, którego nie umiałam od razu nazwać. Nie był to trzask. Nie był to dzwon. To było coś jak pukanie – trzy szybkie, równe uderzenia od środka, w odpowiedzi na nasze milczenie. Lila cofnęła dłoń o milimetr, zbyt mało, by publiczność to zauważyła. Ja zauważyłam. Bruno zamrugał. Eryk zamarł nad światłem. Orkiestra, jakby porozumiana bez słów, zawiesiła dźwięk na niewidzialnym sznurku. Wtedy coś jeszcze pojawiło się w odbiciu – drugi profil, ledwie szkic, cień konturu, którego nie dało się przypisać nikomu na arenie. Stał o krok za Lilą, ale tylko w szkle. A ja zrozumiałam, że to nie wstążka, nie rama, nie nasza wprawa opowiadają tę noc. Coś innego, co miało właśnie podnieść kurtynę po naszej stronie. – Teraz – powiedział Bruno tak cicho, że tylko ja i Lila mogliśmy to usłyszeć. Lila położyła całą dłoń na tafli. Szkło drgnęło. A z głębi odbicia, tuż obok jej palców, ktoś – albo coś – odpowiedziało ruchem, który wciął ciszę jak ostrze werbla, tuż przed tym, nim opadnie pałeczka.


Author of this ending:

Age category: 18+ years
Publication date:
Times read: 42
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.