Cisza pod szkłem
Mam na imię Lena i odziedziczyłam po ciotce zakład zegarmistrzowski z witryną pełną kurzu i słońca. Zegar z kukułką wisiał krzywo, barometr pamiętał inną pogodę, a pod szklanymi kopułami drżały maleńkie śrubki. Zamknęłam drzwi, przekręciłam szyld na „Zamknięte” i postanowiłam zrobić inwentaryzację, zanim komukolwiek pokażę to miejsce. W ciszy było słychać tylko tykanie, które brzmiało jak oddech starego domu.
Pierwszy odezwał się barometr. „Spadamy” westchnął, jakby komentował własne samopoczucie. Potem stalowa miarka z trzaskiem wsunęła się w futerał i mruknęła: „Zamień nas w liczby, a znikniemy.” Nie podniosłam głowy. Udałam, że to echo, że to rury, że jestem zmęczona. Wtedy radio, niepodłączone do prądu, poprosiło: „Wyłącz lęk, to się usłyszymy.” Odłożyłam pióro. „Czy ja zwariowałam?” zapytałam na głos. „Nie jeszcze” prychnęła pęseta do sprężynek. „Ale nie mamy dużo czasu.”
Okazało się, że w tym miejscu rzeczy mówią, gdy ktoś słucha, a milkną, gdy ktoś odkłada sprawy na jutro. „Zniknie nam mowa, jeżeli nie znajdziesz Kotwicy Słów” oznajmiła lampa warsztatowa, rzucając na blat krąg światła. „Ciotka trzymała ją w zegarze z lwami” dodała szkatuła, której wieko klekotało jak ząb. „Kotwicę?” powtórzyłam. „Mała, ciężka, błyszcząca. Wiąże literę z oddechem” wyjaśnił stary dziurkacz, dziobiąc w papierze mapę. „Ktoś ją wyjął tuż przed zmierzchem” zaszeptała miarka. „Kto?” „Czyściciel. Ten, co zbiera luźne słowa spod listew” odpowiedziało radio, zamigocawszy ciszą. „Zostawił ślady w kurzu. Prowadzą do tyłu.”
Drzwi do zaplecza skrzypnęły, jakby się zastanawiały, czy chcą współpracować. Za nimi było chłodno i wilgotno, a w zlewie zalegały martwe krople. Klucz w kształcie skrzydła tkwił w kłódce prowadzącej do piwnicy. Typowy tygrys z porcelany na półce chrząknął. „Nie odkręcaj kranu” poradził cicho. „Dlaczego?” „Bo budzi to, co przepływa między słowami.” Światło lampy prześlizgnęło się po ścianie, zatrzymało nad wąskim panelem za wysokim zegarem. Przesunęłam drewno i wyjęłam małą, pustą aksamitną sakiewkę. Była ciepła, jakby przed chwilą schowała w sobie coś żywego. Na podłodze lśnił ślad, cienka smuga jak opiłek księżyca, prowadząca w stronę kratki odpływowej.
„Powoli” poprosiła pęseta, siedząc mi na ramieniu jak ptak. „Nie mów swojego imienia, jeśli zapyta” dodało radio, teraz już zupełnie poważne. Zbliżyłam się do kratki. Pachniało atramentem i starymi wstążkami od maszyn do pisania. Gdzieś w rurach zachrobotały głoski, przesunęły się, spróbowały ułożyć w pytanie. Nagle powietrze przyspieszyło, jakby dom zaczerpnął głębszy oddech, a z ciemności pod posadzką wydobył się uprzejmy, wysoki szept: „Właścicielko czasu, jak masz na imię?”
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?