Cień między godzinami
W Łęce wszystko miało rytm rzeki i starych zegarów, oprócz mnie, Niny. Siedemnaste urodziny przyniosły mi po babci metalowy klucz, ciepły jak kamień z ogniska. Babcia była kiedyś Strażniczką Wieży, ale o tym w domu mówiło się szeptem. Od tygodnia wszystkie zegary w miasteczku spóźniały się równo o jedną godzinę. Noc po burzy postanowiłam wspiąć się na wieżę i sprawdzić, co stanęło w czasie. Babcia powtarzała: "Nie otwieraj, dopóki nie przestaną śnić ryby", ale ryby śniły głośniej.
Pod murami pachniało mokrym kurzem, a kamienie były śliskie jak skóra węża. Oskar czekał na mnie przy furtce, udając obojętność i ściskając latarkę z rozładowaną baterią. "Masz plan, Strażniczko?", zapytał półżartem, ale widziałam nerwy pożerające mu końcówki słów. Pokazałam klucz owinięty w czarną wstążkę i przygryzłam wargę, żeby nie zdradzić drżenia. Wrota wieży miały gniazda, których nie pamiętałam, a nad nimi widniało słowo: GODZINY. Na bramie ktoś wydrapał znak klepsydry, przecięty cienką linią jak blizną.
Klucz nie pasował do żadnego zamka, dopóki nie wsunęłam go w szczelinę między cyframi. Zęby mechanizmu skubnęły metal, a powietrze zrobiło się cieplejsze, jak przy piecu. Weszliśmy do środka, gdzie schody wiły się jak rzeka, a każdy stopień miał inną porę. Na ścianach lśniły freski przedstawiające ludzi niosących minuty w koszach, ostrożnych jak pszczelarze. Z wysokości dochodził przeciągły szept, sylabami zsuwający się po balustradzie jak deszcz.
Pod zegarem głównym znajdowało się małe drzwiczki z mosiądzu, skromne i bez żadnej klamki. Otworzyły się, kiedy dotknęłam je kluczem, i odsłoniły aksamitną skrytkę z dziwnym kompasem. Szklana róża wirowała w środku i zbierała światło, które nie miało źródła. Kiedy położyłam dłoń na obudowie, wskazówka kompasu zatrzęsła się i pokazała nad rzekę. Zegar zagrzmiał trzynasty raz, a z fresków zaczęły wyłazić rozświetlone kreski, jak pęknięcia.
Oskar złapał mnie za rękaw, bo na schodach poniżej ktoś stawiał zbyt ciche kroki. "Tu nie ma nikogo", wyszeptał, choć jego głos niepewnie zahaczył o metalową poręcz. Kompas rozbłysnął gwałtowniej, a powietrze przesiąkło zapachem wilgotnego papieru i jałowca. Na kamiennej ścianie otworzyły się drzwi, których przed chwilą nie było, szerokie jak cień. Po progu wychyliła się twarz, bardzo podobna do mojej, tylko młodsza i całkiem mokra. Spojrzała prosto na mnie i poruszyła wargami, jakby mówiła moje imię bez dźwięku.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?