Did You Know?

Atlas Pomiędzy


Atlas Pomiędzy
W dniu, w którym niebo zawisło nisko nad miastem jak zgnieciony koc, strażniczka w bibliotece zapytała nas, czy naprawdę wiemy, czego szukamy. Odpowiedzieliśmy jednocześnie: „Map”. To zawsze brzmiało bezpiecznie. Miałam czternaście lat, Natan piętnaście, a nasz wakacyjny plan był dość prosty: kręcić się po miejscach, w których nie powinniśmy być, i udawać, że to badania. Biblioteka Wojewódzka mieściła się w dawnym gmachu ubezpieczalni, z kopułą oszkloną w zielone romby i schodami, które skrzypiały jak drzwi do szafy. Plotka głosiła, że w tym budynku istnieje piętro, którego nie ma na żadnym planie. Nie mogłam przestać o tym myśleć. „Zobacz”, szepnął Natan przy regale z działu geografii. Miał w kieszeni latarkę i aplikację do strojenia gitar, bo Natan nigdy nie potrafił iść gdzieś bez gadżetów. Odchylił ciężki, przesuwany regał oznaczony „KARTOGRAFIA – REGIONY”, a za nim, jak miejsce pod odrywanym plakatem, odsłoniła się wąska szczelina. Wiała z niej chłodna, lekko metaliczna woń kurzu i ozonu. W środku krył się wąski, drewniany korytarz i kręte schodki prowadzące w górę. „To nie może być zgodne z przepisami BHP” — stwierdził, ale uśmiechał się tak, jakby właśnie wygrał zakład ze światem. Wcisnęłam się pierwsza. Stopnie były nierówne, a ściana po lewej nosiła ślady po dawnych mapach, które ktoś zdejmował tu kiedyś w pośpiechu — prostokąty jaśniejszej farby, gdzieniegdzie pożółkłe pinezki. Po kilku zwojach schodów dotarliśmy do drzwi z mleczną szybą. Na szybie widniał napis wykonany złotą farbą: „Czytelnia Kartografii – Zbiory Specjalne”. Uchwyt był zimny i gładki. Pchnęłam. Sala była wysoka, pod samą kopułą. W środku stał jeden długi stół z intarsją mosiężnej róży wiatrów i lampą przypominającą ziemski glob. Przy ścianach — szafy z szufladami na mapy, opatrzone pożółkłymi etykietami z nazwami, które brzmiały jak zaklęcia: „Skale niestandardowe”, „Pasaże równoległe”, „Odwzorowania obrotowe”. Podłoga, ciemna jak rzeka nocą, skrzypnęła, kiedy przeszliśmy do stołu. Leżał na nim jeden wolumin. Skóra na okładce była zielona, przeciągnięta mosiężnymi narożnikami. Na grzbiecie wypalono tytuł: „Atlas Pomiędzy”. Ktoś, kto to pisał, miał pewną rękę i poczucie humoru. Dotknęłam liter koniuszkami palców. Okładka była cieplejsza, niż powinna. „Jeśli to jest podpucha, to jestem pod wrażeniem”, mruknął Natan i wyjął telefon, żeby zrobić zdjęcie. Ekran na sekundę zadrżał, jakby złapał złą ostrość, po czym obraz się wyostrzył. „Dziwne. Nie lubi go mój aparat.” Otworzyłam atlas. Pierwsza strona miała dedykację, wypisaną atramentem tak czarnym, że niemal błękitnym: „Dla tych, którzy szukają przejść, nie miejsc.” Pod spodem mała notatka ołówkiem: „Burza sprzyja, dźwięk pomaga. — Ż.” Spojrzeliśmy na siebie. Za szybami kopuły świat przygasł jeszcze bardziej. Burza zszywała chmury błyskawicami, dalekimi i tępo dudniącymi. Odwróciłam kilka kartek. Mapy były dziwnie miękkie w dotyku, jakby delikatnie sprężynowały. Linia brzegowa potrafiła na moment poruszyć się na skraju kartki. Nazwy miejsc nie były znane, ale sposób, w jaki zostały zapisane, budził wrażenie, że zawsze gdzieś istniały: „Przesmyk Ciszy”, „Ulica, Która Zawija Się w Sobie”, „Punkt, Którego Nie Widać z Zewnątrz”. „Zobacz to.” Natan wskazał coś na marginesie. W grzbiecie stołu, tuż pod lampą, tkwiła mosiężna rozeta z rowkiem przypominającym przekręcany zamek. W jednym z szufladników znaleźliśmy płócienną kopertę. W środku — cienki, mosiężny klucz w kształcie wiatrowskazu i kartkę z krótką instrukcją, wypisaną równym, kaligraficznym pismem: „Allegro 432. Wiatr zgodnie ze znakami”. „A więc nuty?” — spytałam. Natan już uruchamiał aplikację stroik. Wsunął klucz w rozetę. Klik. Spojrzał na mnie, uniósł brew i dotknął ekranu. Z głośniczka telefonu popłynął jasny dźwięk A. Powietrze nad stołem poruszyło się, ledwo wyczuwalnie, jak gdyby ktoś uchylił gdzieś na górze niewidzialne okienko. Dźwięk zlał się z pomrukiem burzy; żarówka w lampie zachrobotała i rozbłysła bielej. Róża wiatrów pod szkłem zaczęła obracać się powoli. Kierunki, grawerowane starannie, chwytały światło i oddawały je w drobnych, złotych mignięciach. Na jednej z kartek, tej z planem naszego miasta, linie ulic pogrubiały jak przypominany szkic. Tam, gdzie powinien być park, pojawiło się coś jeszcze — wąska arteria bez nazwy, biegnąca od ścieżki rowerowej prosto do… pustej przestrzeni, której na mapie dotąd nie było. Po chwili tusz sam wyrysował literki: „Międzyprzystań”. „Czy my…?” „Cicho.” Natan przyłożył palec do ust, ale to nie mnie próbował uciszyć. Po lewej stronie atlasu znajdował się indeks. Przewróciłam kartki. Palce same zatrzymały się na stronie 312. Nagłówek: „Zobowiązania”. Pod nim — dwa wpisy: „Lena S. — str. 312, punkt 4”; „Natan K. — str. 312, punkt 4”. Poczułam, jak w żołądku robi mi się pusto, a zaraz potem wypełnia mnie coś zimnego i ostrego, jak łyk wody prosto z kranu. „Kto to tu wpisał?” — zapytałam. Mój szept odbił się od kopuły i wrócił miękki, z nieznacznym pogłosem. Natan wzruszył ramionami, po czym przesunął palcem po krawędzi atlasu. Burza huknęła bliżej. Szyby w kopule zadrgały. Prawe skrzydło drzwi, to, które zostawiliśmy lekko uchylone, domknęło się bez dźwięku, jakby ktoś je trzymał od środka i po prostu wypuścił. Powietrze zgęstniało. Rozeta róży wiatrów zatrzymała się na NE, a klucz wydał z siebie krótki, metaliczny zgrzyt. Lampy w sali przygasły — tylko glob nad stołem świecił teraz jasno, skupiając światło w okręgu mniej więcej wielkości obrusa. Na mapie „Międzyprzystań” przestała być tylko cieniem nazwy. Linia nabrzeża narysowała się wyraźnie. Na marginesie pojawiła się notatka, jakby dopisana właśnie teraz: „Okno: gdy deszcz jest gęsty, a dźwięk czysty. Nie otwieraj, jeśli nie wiesz, czy wrócisz. — Ż.” „To nie brzmi jak ostrzeżenie dla uczniów podstawówki” — mruknął Natan, ale nie przestał się uśmiechać. Jego palce drżały, kiedy chwytał mosiężny klucz i próbował nim delikatnie poruszyć. Zamek kręcił się wolno, stawiając opór jak mleko w dzbanku. Czułam, że robi się mi lekko w głowie, jakbym wchodziła po zbyt wąskich schodach. „Poczekaj” — powiedziałam. — „Jeśli to cokolwiek robi, to… może robi to naprawdę.” Zamiast odpowiedzieć, Natan zwiększył głośność stroika o jeden poziom. Dźwięk stał się wyraźniejszy, czysty i niepokojąco obecny. W tej samej chwili pierwszy duży kroplopis deszczu uderzył w szkło kopuły. Za nim następne. Ściana szeptów spadła na miasto, odcinając je od naszych oddechów. Pod palcami czułam już nie papier, tylko lekko wilgotną, sprężystą powierzchnię. Linia „Międzyprzystani” zadrżała i poszerzyła się, jakby ktoś z tamtej strony oparł o nią rękę. Na styku skórzanej okładki i mówiącego wszystkimi wiatrami stołu skupiło się światło. Pojawił się wyraźny zarys okręgu. W jego wnętrzu mapy zaczęły się ślizgać jedna po drugiej, jakby ktoś przewracał je od spodu. Morza na sekundę stawały się niebem, a drogi rozżarzonymi liniami. „Słyszysz?” — Natan szeptał, ale dźwięk instrumentu nagle zgasł. Na jego miejsce wszedł inny ton, głęboki i miękki, jak śpiew metalowych rur. Nie przeraził mnie. Był jak zawołanie. A potem, z tego samego miejsca, skąd dobiegał ton, usłyszałam szept, zupełnie ludzki, bardzo wyraźny: „Spóźniacie się.” Zamarliśmy. Natan spojrzał na mnie pytająco, a ja skinęłam głową: tak, słyszałam to samo. W lampie błysnęło. Indeks w atlasie przewrócił się sam na kolejną stronę. W miejscu, gdzie było nasze miasto, pojawiły się znaki, których nie znałam — drobne, cienkie piktogramy przypominające pióra i sierpy księżyca. Jedno z nich, przypominające ptaka o zbyt długich nogach, mignęło na sekundę i wróciło na brzeg kartki, jakby wystawiło głowę, żeby zobaczyć, co tu u nas słychać. „No dobra” — wyszeptał Natan, a to jego „dobra” wcale nie brzmiało tak, jak zwykle — „albo uciekamy, albo… sprawdzamy.” Nie odpowiedziałam. Wstałam i ułożyłam dłonie po obu stronach okręgu światła. Było chłodne, ale nie zimne; czułam jego granicę, tak wyraźną, jak granicę tafli wody. Gdy przesunęłam palcem po powierzchni, zrobiła się w niej smuga, która po chwili zniknęła. W pokoju było cicho. Nawet deszcz na moment wybrał inne miejsce. „Lena” — Natan dotknął mojego łokcia. Był blady, ale w jego oczach zapalały się iskry. — „Jeśli to jest wejście, to ktoś chce, żebyśmy zdążyli. Może to ten… Ż?” „Albo ktoś, kogo nie widzieliśmy.” Moje słowa zawisły w powietrzu. Na krawędzi okręgu światła pojawiła się rysa, cienka, jakby narysowana paznokciem. Rozszerzała się powoli, w cichym trzasku, jak lodowa szczelina na jeziorze. W środku — ciemność, ale nie taka, która pochłania, tylko taka, która się porusza, jak oddech. Zamek w róży wiatrów zawył cicho. Gdy rysa stała się już na tyle szeroka, by zmieściła się w niej dłoń, z tamtej strony powiało solą i zimnym wiatrem. Wyraźnie, nie do pomylenia, dobiegł nas też daleki krzyk mew. Uśmiech, którego nie kontrolowałam, pociągnął mi kącik ust. Natan wyciągnął rękę, nie w stronę okręgu, tylko do mnie. Chwyciłam go. Jego dłoń była sucha, ciepła. Policzyłam w myślach do trzech. Wtedy okrąg światła, dotąd równy jak talerz, naprężył się i pofalował. Linia rysy błysnęła i nagle rozsunęła się szerzej, jakby coś od tamtej strony zrobiło krok naprzód. Cień przeciął blask, a na powierzchni atlasu, tuż przed nami, zarysowały się kontury czegoś, co z całą pewnością nie było tylko rysunkiem...


Author of this ending:

Age category: 13-15 years
Publication date:
Times read: 34
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.