Atlas ciemnych rzek
Lena skończyła siedemnaście lat w mieszkaniu nad pracownią starego dziadka zegarmistrza. Od śmierci dziadka wszystkie zegary w jej pobliżu zaczynały chodzić równo, jakby wstydziły się spóźnień. Tego ranka tramwaje zgrzytały jak zwykle, lecz w kuchni tykało coś, czego nie postawiła na stole. Dźwięk był miękki, prawie błyskawiczny, urywał się dokładnie wtedy, gdy mrugała. Na parapecie leżała paczka w papierze dziwnie nasączonym zapachem ostrego ozonu.
Adres wypisano atramentem, który nie chciał wyschnąć nawet po dotknięciu palcem. W środku znalazła klucz z grawerem Księżyca, garść czarnego piasku i kartkę: „Biblioteka Wiatru i Popiołu — wejście przy najkrótszym cieniu”. Zrozumiała od razu, że chodzi o południe i o wieżę ciśnień, która od lat straszyła przy torach. Dziadek opowiadał jej kiedyś, że tam schodzi się pod miasto, jeśli umie się liczyć oddechy kamieni.
O dwunastej jej cień skurczył się do wąskiej kreski na posadzce. Wieża była pusta, poza rdzą i mozaiką róży wiatrów na środku sali. Lena wsypała piasek w punkt, gdzie igła kompasu wskazywała północ, a klucz wcisnęła w niewidoczny zamek między płytkami. Powietrze zadrżało, metal zapiał głucho, i otworzyła się klapa prowadząca w dół.
Pod wieżą wisiał model nieba, powoli obracający się jak oddech śpiącego zwierzęcia. Po ścianach biegły światła, które udawały prądy, łącząc gwiazdy w nieznane konstelacje. Na pulpicie, pokrytym grubą warstwą kurzu, leżał atlas o grzbiecie z popękanej skóry. Tytuł brzmiał zwyczajnie, lecz budził dreszcz: „Atlas ciemnych rzek” w niej. Kiedy dotknęła okładki, atrament wypłynął z liter i rozlał się w koryta, które zadrżały jakby pamiętały jej imię.
Mapa ukazała miasto, ale jego ulice płynęły jak rzeki, skręcając czas o minuty. Na marginesie widniała notatka dziadka: „Opiekun nie wróci, strumienie milkną bez stroiciela”. Lena przełknęła ślinę i policzyła własne uderzenia serca, jak uczył ją w dzieciństwie. Trzecie tchnienie, piąta pauza, i najcieńsza struga zaczęła świecić słabym błękitem. Wtedy w dole zahuczało, a po metalowych schodkach podsunął się długi cień, jakby ktoś niósł zwiniętą drabinę.
Zatrzasnęła atlas, lecz blask nie zgasł, tylko przeniósł się na klucz. Mosiądz rozgrzał się jak kamień na plaży, a model planetarny zawył cicho zimnym wiatrem. — Oddaj instrument, Zegarniczko — powiedział głos z dołu, bez wysiłku zasłaniając całe schodkowe okno. Lena ścisnęła klucz mocniej; wskazówki wszystkich przyrządów nagle stanęły, a model zaczął obracać się szybciej. Dźwięk tramwaju rozciął ciszę, choć byli głęboko pod ziemią; wtedy z cienia wysunęła się ręka w srebrnej rękawiczce, sięgając po atlas.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?